Komisja Europejska odrzuciła inicjatywę Stop Killing Games. Zamiast twardych przepisów ma powstać dobrowolny kodeks postępowania. Co to oznacza dla fanów gier?
Komisja Europejska nie przychyliła się do postulatu Stop Killing Games, mimo ogromnego społecznego poparcia dla inicjatywy. Jak wynika z doniesień, Bruksela uznała, że na tym etapie nie może zaproponować prawnego obowiązku utrzymywania gier w stanie grywalnym po zakończeniu komercyjnego wsparcia.
To oznacza, że kluczowy cel ruchu na razie nie zostanie zapisany w przepisach. W praktyce Komisja nie planuje więc nakładać na wydawców obowiązku pozostawiania serwerów albo trybów offline, które pozwalałyby dalej uruchamiać wycofane gry.
Dobrowolny kodeks zamiast twardego prawa
Zamiast odgórnych, prawnych nakazów, unijni urzędnicy proponują stworzenie swoistego „dobrowolnego kodeksu postępowania”. Oznacza to w praktyce, że firmy gamingowe same, w ramach własnego sumienia, zdecydują, czy chcą utrzymywać swoje produkcje przy życiu.
Dla potężnej rzeszy graczy taka decyzja jest równoznaczna z porażką całej petycji. Trudno bowiem uwierzyć, że wielkie korporacje z własnej woli zaczną ponosić dodatkowe koszty na rzecz społeczności, nie mając nad sobą legislacyjnego bata.
Twórca Stop Killing Games nie składa broni
Mimo ewidentnego braku przełomu i odrzucenia głównych postulatów, inicjator całej akcji stara się szukać w tej sytuacji pozytywów. Ross Scott, będący główną twarzą kampanii, wciąż pozostaje optymistą.
Aktywista wierzy, że sam fakt podjęcia poważnej debaty na tak wysokim, unijnym szczeblu to już ogromny sukces graczy. Nagłośnienie problemu masowego „zabijania” gier-usług może z czasem wywrzeć naturalną presję na największych gigantach branży.
Na ten moment musimy jednak uzbroić się w cierpliwość. Batalia o cyfrowe prawa konsumentów i ochronę wirtualnego dziedzictwa to zdecydowanie maraton, a nie krótki sprint.
Naiwność czy smutna rzeczywistość?
Jako gracz, który w swojej karierze stracił dostęp do przynajmniej kilku ulubionych tytułów multiplayer, jestem decyzją Komisji Europejskiej zwyczajnie rozczarowany. Proponowanie „dobrowolnego kodeksu” wielkim korporacjom to jak proszenie lisa, by sam zamknął za sobą klatkę w kurniku. Branża gier wielokrotnie udowodniła, że liczy się w niej głównie wykres w arkuszu kalkulacyjnym, a nie sentyment graczy czy chęć zachowania cyfrowej historii.
Choć podziwiam upór Rossa Scotta i całym sercem kibicuję Stop Killing Games, to najnowsze doniesienia są dla mnie bolesnym powrotem do brutalnej, rynkowej rzeczywistości. Dziś kupujemy jedynie tymczasowy dostęp do usługi, a nie samą grę na własność, i unijni decydenci właśnie dali temu ciche przyzwolenie.
Źródło: Komisja Europejska
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.










Dodaj komentarz