Dying Light: The Beast / fot. Techland
To już dzisiaj — premiera Dying Light: The Beast staje się faktem. Jeżeli zastanawiasz się, czy warto wydać swoje ciężko zarobione pieniądze na nową produkcję Techlandu, to mam częściową odpowiedź. Wiem, ile godzin rozgrywki czeka na tych, którzy zdecydują się na zakup nowej gry.
Techland już dzisiaj wypuszcza do graczy swoją najnowszą produkcję, czyli Dying Light: The Beast. We wczorajszym wywiadzie z kolei z dyrektorem serii — Tymonem Smektalą — mogliśmy się dowiedzieć, na ile godzin „gry w grze” możemy liczyć. Ma to być poziom „rynkowy” – co to znaczy?
GamesRadar przeprowadził wywiad z w.w. dyrektorem firmy Techland, która jest odpowiedzialna za omawianą produkcję. Wynikło z niej m.in. to, jak ambitnym projektem jest nowa odsłona serii. Zaoferować ma bowiem 20 godzin w kontekście głównego wątku oraz 20-30 godzin z pobocznych aktywności. Łącznie więc daje to 40-50 godzin rozgrywki, tylko czy to dużo?
W porównaniu z poprzednią odsłoną — niekoniecznie. Dying Light 2 oferował bowiem około 80 godzin rozrywki, czyli zauważalnie więcej. Z drugiej strony, w ramach głównego wątku, to było tyle samo – 20 h. Cytując Tymona:
Myślę, że jesteśmy bardzo konkurencyjni w porównaniu do wszystkiego, co jest dostępne na rynku. Podobnie jak w przypadku gier AAA, naprawdę chcemy, aby była to gra z obecnością. W ciągu ostatnich kilku miesięcy bardzo się rozwinęła [i] myślę, że na to zasługuje.
Z jednej strony, nowa odsłona serii jest kontynuacją nie historii znanej z „dwójki”, a… „jedynki”. Powraca tutaj bowiem oryginalny bohater, jakim był Kyle Crane. Całkiem ciekawy zwrot akcji, musicie przyznać.
Jeżeli chodzi o cenę nowej produkcji, to jest ona naprawdę przyzwoita względem tego, co proponuje obecnie reszta rynku – 230 złotych. To naprawdę niewiele względem wielu konkurencyjnych produkcji, które wyszły przez ostatnie lata. I tutaj należy się bezapelacyjny plusik dla Techlandu.
Źródło: GamesRadar, opracowanie własne
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.