Kategorie: Artykuły Gry

Gouranga, czołgi i dzwoniąca budka. Wspominam serię Grand Theft Auto przed premierą GTA 6

Zanim kamera stanęła za plecami bohatera, GTA oglądało się z nieba. Wspominam pierwsze dwie części i dodatki londyńskie przed premierą GTA VI.

Pamiętam, że siedziałem bokiem do monitora, bo komputer stał w kącie pokoju kolegi, między wersalką a kaloryferem. Był wieczór, wczesna wiosna 1998 roku, miałem osiem lat, na biurku stygła herbata w szklance z koszyczkiem. Napęd CD-ROM długo mielił, zanim zgodził się odczytać płytę, na której ktoś napisał flamastrem trzy litery – GTA.

Pierwsze, co usłyszałem, to nie był silnik, tylko radio, które włączyło się samo, gdy tylko wsiadłem do pierwszego lepszego auta. Potem przez kilka sekund jechałem chodnikiem, bo nie umiałem skręcić. Potem zobaczyłem, jak małe kolorowe ludziki uciekają mi spod maski i zaśmiałem się głośno.

I to jest myśl, wokół której kręci się cały ten tekst. Grand Theft Auto nie wciągało dlatego, że pozwalało robić rzeczy zakazane. Wciągało dlatego, że pokazywało je z wysokości, z której wszystko wyglądało jak żart z komiksowej gazetki.

fot. Rockstar Games

W co się wtedy grało w polskich domach?

Rok 1997 na pececie to Quake II, Carmageddon, Fallout, pierwsze Diablo wciąż zainstalowane na każdym dysku i Age of Empires, na które rodzice patrzyli przychylniej, bo było o historii. Carmageddon też pozwalał rozjeżdżać przechodniów, ale zamykał cię na torze. GTA otwierało miasto i mówiło – telefon dzwoni w tamtej budce, ale nikt cię nie zmusza, żebyś go odebrał. Możesz robić wszystko, na co masz ochotę.

Do Polski gry trafiały wtedy trzema drogami. Pudełkowe z oficjalnej dystrybucji, na tyle drogie, że w moim domu pojawiały się na urodziny albo pod choinką. Pełne wersje na płytach dołączanych do pism, na które czekało się przy kiosku w dniu premiery numeru. I giełda w niedzielę rano, gdzie płyty w kopertach leżały na składanych stolikach, a sprzedawca patrzył na ciebie tak, jakbyś to ty łamał prawo. GTA przyszło do mnie tą trzecią drogą, przez starszego kolegę z podwórka. I nie będę udawał, że było inaczej.

Prasa robiła resztę. Secret Service, Gambler, Reset, CD-Action – numery trafiały do mnie z drugiej ręki, już bez płyty. I czytało się je po kilka razy, bo do samej gry dostęp był dopiero za tydzień, u kolegi, na jego Pentium. Wielu z nas grało w GTA na cudzym sprzęcie na długo przed tym, zanim zagrało na własnym. To zmieniało sposób grania. Miałeś bowiem raptem godzinę, może dwie i musiałeś zdążyć zrobić jak najwięcej w tym czasie. GTA nadawało się do tego lepiej niż cokolwiek innego, bo nie było w nim nic do zepsucia. Nie dało się skasować cudzego zapisu ani zmarnować nikomu postępów, można było tylko narobić bałaganu i oddać klawiaturę następnemu.

fot. Rockstar Games

Mnożnik na liczniku

Pierwsze GTA nie miało fabuły w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Miało cel liczbowy – zdobądź milion punktów w tej dzielnicy, to otworzymy ci następną. Punkty leciały za wszystko, za misje z budki telefonicznej, za kradzież wozu, za skok z rampy, za rozjechany tłum przechodniów. A nad tym wszystkim wisiał mnożnik, który rósł za wykonane zlecenia.

Mnożnik robił z gracza chciwca. Przy x1 misja była warta tyle co nic. Przy x6 każde zlecenie wybrzuszało wynik tak, że milion nagle wyglądał na osiągalny jeszcze tego wieczoru. Więc ryzykowałeś – jeszcze jedno zadanie, jeszcze jeden telefon, mimo że na górze ekranu świeciły już trzy policyjne głowy, a radiowozy spychały pojazd gracza z jezdni.

Gra karała na dwa sposoby. Śmierć zabierała jedno z niewielu żyć, a gdy skończyły się wszystkie, wracałeś na początek dzielnicy. Aresztowanie zostawiało cię żywego, ale bez broni, bez kamizelki i z obniżonym mnożnikiem, więc napis „Busted” bolał. Widziałeś go i wiedziałeś, że ostatnia godzina właśnie minęła bezpowrotnie. Lakiernia, w której za punkty zmieniałeś kolor auta i tablice, była jedyną ulgą, jaką ta gra oferowała. a tej szukało się jak stacji benzynowej na pustej trasie.

fot. Rockstar Games

Do tego dochodziły Kill Frenzy, czyli szaleństwa na czas. Dostawałeś w określonym czasie broń i musiałeś załatwić tylu, ilu gra sobie zażyczyła, zanim licznik wybije zero. Trzydzieści sekund czystego szaleństwa. I Gouranga, bonus za szybkie zlikwidowanie grupki Hare Kryszna, który do dziś jest hasłem rozpoznawczym ludzi w pewnym wieku, choć trudno go wytłumaczyć komuś, kto nie widział, jak absurdalnie mały był ten napis na ekranie.

Kamera z góry to była decyzja z konieczności, nie z wyboru. Ale to ona nadała tej grze ton. Ludzie mieli po kilka pikseli, samochody były kolorowymi klockami, a wybuch to rozszerzająca się pomarańczowa plama. Z tej odległości nic nie było straszne. To dlatego gra o kradzieży aut i strzelaniu do policjantów brzmiała jak kreskówka i tak właśnie broniliśmy jej przed rodzicami.

Ale ta sama odległość zmuszała do pracy. Widziałem dach samochodu i kilka przecznic dookoła, a całą resztę musiałem sobie dopowiedzieć. Kim był człowiek, którego wyrzuciłem zza kierownicy, jak wyglądała twarz mojego bohatera, co krzyczał przechodzień, którego minąłem o centymetr. Im mniej pikseli dostawałem, tym więcej musiałem dołożyć od siebie. A do rzeczy, w które włożyło się własną pracę, człowiek przywiązuje się inaczej.

W pierwszym GTA nie dało się zapisać stanu gry w trakcie poziomu. Zapis pojawiał się dopiero po zaliczeniu miasta. Więc każda sesja była całością, z początkiem, środkiem i finałem, a każdy wieczór u kolegi miał własną dramaturgię. Dziś nazwalibyśmy to złym projektem. Wtedy nazywało się to „jeszcze pół godziny, mamo”.

fot. Rockstar Games

Londyn na tej samej płycie i miasto bez nazwy

Wiosną 1999 roku wyszedł dodatek, na który nikt w Polsce nie czekał, a który dostałem jako pierwszą oryginalną rzecz z tej serii – London 1969. Wymagał płyty z podstawową grą, więc na moim piracie nie chciał ruszyć. I to była lekcja, dzięki której rodzice, nieświadomi, co właściwie kupują, przynieśli do domu pudełko z oryginalną wersją gry. Dodatek zamienił Amerykę na ruch lewostronny, więc pierwsze pół godziny spędziłem, wjeżdżając czołowo w każdy pojazd na trasie.

Zmienił też drobiazgi, na które wtedy nie zwracałem uwagi, a które dziś uważam za jego najlepszą część – policyjne głowy na wskaźniku pościgu dostały hełmy bobbies, po aresztowaniu zamiast Busted wyskakiwało „You’re Nicked!”, a po śmierci „You’re Brown Bread!”, czego jako ośmiolatek nie rozumiałem i co mnie w ogóle nie obchodziło. Menu grało kurantami Big Bena, a rozjechanie grupki identycznie ubranych typów kwitowano hasłem „Keep London Tidy!”.

Misje były w gruncie rzeczy te same, tylko rozłożone po ulicach, o których dopiero po latach zrozumiałem, że miały wyglądać jak z filmów z Michaelem Caine’em. Kilka miesięcy później wydawca wypuścił za darmo London 1961, ale u nas darmowe znaczyło „jeśli znasz kogoś z internetem”.

fot. Rockstar Games

A jesienią 1999, dokładnie 22 października, przyszło GTA 2 i pierwszy raz w tej serii poczułem, że miasto mnie obserwuje. Anywhere City było jedno, podzielone na trzy dzielnice, ale w każdej rządziły trzy gangi, a w rogu ekranu świeciły trzy paski szacunku. Wykonałeś robotę dla Yakuzy, to Loonies zaczynali strzelać do ciebie na widok. To nie była już liczba do nabicia, to była polityka i po raz pierwszy trzeba było kalkulować, od kogo odebrać telefon.

Zapis w GTA 2 był osobną grą samą w sobie. Zapisać można było w kościele, za pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a kaznodzieja krzyczał „Hallelujah!”. Bez pieniędzy słyszałeś „Damnation!” i wracałeś na ulicę zarabiać. Znam ludzi, którzy przez to zbierali kasę w najostrożniejszy sposób, jaki wymyślili, tylko po to, żeby móc wyłączyć komputer i iść spokojnie spać.

Przy okazji „dwójki” warto wspomnieć, że w Polsce GTA 2 doczekało się polskiej wersji językowej, a we wrześniu 2001 roku dystrybutor Play It wypuścił Złotą Edycję za 69 złotych, z koszulką w pudełku.

Co doprowadzało do szału w GTA?

Sterowanie. Samochód skręcał strzałkami jak w wyścigach, więc na trawie i piasku wykonywał piruety, a na moście, gdy uciekałeś przed policją, wystarczyło przytrzymać klawisz ułamek sekundy za długo i lądowałeś w wodzie. Woda w pierwszym GTA oznaczała natychmiastową śmierć. Bez wyjaśnienia, bez szansy na wypłynięcie.

Radiowozy, które cię nie ścigały, tylko taranowały. Przy wysokim poziomie poszukiwania nie dało się jechać prosto, bo co kilkadziesiąt metrów ktoś wbijał ci się w bok. Misje, w których zła decyzja na starcie oznaczała kilkanaście minut na ponowne dotarcie na miejsce. Brak jakiejkolwiek mapy w pierwszej części, tylko strzałka, która pokazywała kierunek, ale nie drogę, przez co jeździło się w kółko wokół tego samego kwartału. W GTA 2 doszły gangi, które zamykały ci całe dzielnice, gdy przesadziłeś z robotami dla konkurencji.

fot. Rockstar Games

I ten mnożnik. Kiedy przy x8 cię aresztowali, wyłączałeś grę, wychodziłeś z pokoju i przez pięć minut nie odzywałeś się do nikogo.

Czego seria nie zabrała ze sobą w dalszą podróż?

To, co ta seria dała, wydaje się dziś oczywiste, ale wtedy takie nie było. Samochód jako sposób poruszania się po świecie, radio, które gra tylko wtedy, gdy siedzisz za kierownicą, miasto, które toczy się dalej, gdy ty stoisz na rogu. I humor, który zaczynał się od nazw dzielnic, a kończył na kaznodziei w kościele.

To, co seria po drodze porzuciła, było kosztem tej samej ewolucji. Liczba punktów jako cel zniknęła razem z kamerą z góry. Zapis za pieniądze zniknął w trzeciej części. Zniknęła też ta odległość, z której wszystko było kreskówką, gdy kamera zeszła na wysokość ramion, przechodnie dostali twarze, a strzelanie przestało być żartem. Nie twierdzę, że to strata w sensie jakości. Twierdzę, że to była inna gra, o czymś innym i że przez dwie części GTA było grą, która na tamte czasy mogła zaskakiwać.

Tablica rejestracyjna, antena i kryptonim

Jest jeszcze kilka rzeczy, których mogłeś nie wiedzieć, choć siedziałeś przy tym samym monitorze. Na amerykańskim pudełku pierwszego GTA samochód na okładce ma tablicę rejestracyjną z numerem 6031769, a ten sam ciąg cyfr wpisany w grze daje nieskończone życia. To ukłon w stronę Manic Minera, brytyjskiej platformówki z początku lat osiemdziesiątych, gdzie ten sam kod pochodził z numeru prawa jazdy programisty Matthew Smitha.

fot. Rockstar Games

W GTA 2, gdy nie mogłeś znaleźć kościoła, wystarczyło ukraść furgonetkę telewizyjną – jej antena zawsze wskazywała miejsce zapisu, co odkrywało się przypadkiem, krążąc po dzielnicy z pięćdziesięcioma tysiącami w kieszeni.

Sama dwójka powstawała pod roboczą nazwą GBH, od Grievous Bodily Harm, angielskiego terminu prawnego na ciężkie uszkodzenie ciała. Tak nazywa ją dokumentacja skryptowa DMA Design, a ślad został w samej grze – jedna ze stacji radiowych nazywa się KGBH. Była też część, która nigdy nie ujrzała światła dziennego. Po GTA 2 powstał prototyp GTA 2.5, osadzony w odpowiedniku Miami, o którym w 2023 roku napisał na blogu były dyrektor techniczny Rockstara Obbe Vermeij. Miami musiało poczekać na trzeci wymiar.

Ten sam napis, inna jakość

Herbata dawno wystygła, kolegę zawołano na kolację, a ja jeszcze siedziałem bokiem do monitora i próbowałem po raz piąty dojechać do budki w Brix, nie wjeżdżając w wodę. 19 listopada 2026 roku Vice City wraca w GTA VI, w rozdzielczości, w której widać pot na skórze bohaterów. Ta sama nazwa oznaczała w pierwszej części kilkadziesiąt kolorowych bloków, ledwo odróżnialnych od Liberty City.

A ja dalej pamiętam tamten napis na ekranie, ten sam co dziś, tylko o wiele mniejszy. I pamiętam, że nikt z nas nie przypuszczał, że kamera kiedyś opadnie z nieba i stanie za plecami mężczyzny w czarnej kurtce, który w 2001 roku ani razu się nie odezwie.

Marcin Nic

Najnowsze artykuły

  • Newsy
  • Pojazdy elektryczne

Ten rower elektryczny od polskiego Overfly oferuje zasięg 130 km

Flagową propozycją polskiej marki Overfly Bike z siedzibą w Raszynie na sezon 2027 jest bardzo…

11/10/2026
  • Newsy

Fani Marvela oszaleją. Ten mikroskopijny detal w nowym zestawie LEGO to mistrzostwo świata!

Zestaw LEGO Panorama uniwersum Marvela zadebiutuje 1 stycznia 2027 r. Konstrukcja z figurką Galactusa trafiła…

10/10/2026
  • Gry
  • Konsole
  • Newsy
  • Sony

Sony chce pożegnać gry na płytach, ale gracze mają inne plany. Najnowsze dane dają do myślenia

Sony chce stopniowo odchodzić od gier na płytach, ale gracze mają inne zdanie. Najnowsze wyniki…

10/10/2026
  • Newsy
  • Pojazdy elektryczne

Wszyscy kupują, nie ma komu naprawiać. Branża rowerów elektrycznych ma spory problem

Popularność rowerów elektrycznych w Europie stale rośnie, ale wraz z tym zjawiskiem pojawia się kolejne.…

10/10/2026
  • Gry
  • Newsy
  • Promocje

Tęsknisz za starymi RTS-ami? Ten klasyk za niecałe 20 zł pochłonie cię na godziny

Kultowy RTS powraca w udoskonalonej formie. Twierdza: Edycja ostateczna kosztuje na Steam zaledwie 19,71 zł,…

10/10/2026
  • HP
  • Laptopy
  • Newsy

Ten nowy laptop HP ma aż 128 GB RAM i potężny układ Nvidii. Cena najmocniejszej wersji zwala z nóg

HP OmniBook Ultra 16 to laptop, który imponuje już samą specyfikacją. Nawet 128 GB RAM,…

10/10/2026